-
Nie wierzę, że po drodze nie miałyśmy żadnego wypadku - na
ziemię upadła sporej wielkości torba podróżna.
-
Och, zamknij się. Przecież tyle razy miałam prawo jazdy. Nie jest
ze mną aż tak źle jak ci się wydaje - odparła ze śmiechem
wysoka dziewczyna wychodząc z busa, którym kierowała.
Nastolatki
wyprostowały swoje ubrania po przejażdżce. Nisan schyliła się po
bagaż, po czym zarzuciła go sobie na ramię. Jej kruczoczarne włosy
lśniły w blasku księżyca, a oczy utkwione miała w ogromnym
budynku na wzgórzu, pod którym się zatrzymały.
-
Jak mamy się tam dostać? Trochę tu stromo… Nie damy rady się
wdrapać - Marx analizowała miejsce, w którym się znalazły.
Wzgórze rzeczywiście było strome. Pokryte zieloną trawą
przykrytą opadłymi liśćmi pobliskich drzew. Nie było tam żadnych
kwiatów, środowisko było zbyt nieprzyjazne, a i nie miał
się kto nimi zajmować. Okoliczni mieszkańcy unikali tego miejsca
jak ognia, który spali ich na popiół, gdy tylko
podejdą za blisko. Nikt nie chciał mieć nic wspólnego ze
wzgórzem oraz przeklętą katedrą na szczycie. Nawet mówili
o niej niechętnie.
-
Musimy się rozejrzeć. Powinna być gdzieś jakaś ścieżka czy
coś. Jakoś musieli kiedyś chodzić na msze - tłumaczyła Nisan.
Schowała kluczyki od auta do kieszeni grubej bluzy, po czym zaczęła
okrążać wzniesienie w poszukiwaniu jakiejś drogi na górę.
Wspinaczka z ciężarem na plecach była dość trudna. Dziewczyna od
razu to dostrzegła i zaproponowała przyjaciółce pomoc. Marx
poszła w przeciwną stronę, jednak szukając tego samego.
Ostatecznie to szarooka znalazła przejście. Chwilę później
dołączyła do niej Nisan.
Zamiast
ścieżki odkryły potężne, kamienne schody bez poręczy. Pomiędzy
licznymi pęknięciami rosły źdźbła trawy bądź mlecze.
Czarnowłosa poprawiła torbę i zaczęła wbiegać po wysokich
stopniach.
-
Kto ostatni na górze ten stawia kolację! - wykrzyknęła
radośnie do swojej przyjaciółki. Ta z irytacją zaczęła za
nią z trudem biec.
-
Kretyn z ciebie. Jesteśmy w świętym miejscu, więc zachowuj się,
jak przystało - warknęła zmęczona, kiedy już obie znalazły się
na szczycie.
- I
tak Bóg nie istnieje, więc co za różnica? - jej
towarzyszka wzruszyła ramionami.
- Nie
istnieje, jeśli nie liczyć mnie. Jestem jedynym Bogiem jakiego
kiedykolwiek zobaczysz, bo jestem jedynym istniejącym.
Marx
nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Zamiast tego zaczęła się
rozglądać. Stały przed wejściem do wielkiej, dawno porzuconej
katedry wykonanej ze starej, czerwonej cegły. Nastolatka
zastanawiała się, jakim cudem taki budynek sprzed kilkuset lat
nadal stał nienaruszony? Jednym z powodów mogło być to, że
od bardzo dawna nikt się tutaj nie zapuszczał. Tubylcy porzucili
wszystkie wspomnienia z ceglaną budowlą na rzecz małego kościółka
w pobliskim mieście.
-
Tak w zasadzie… To czemu nikt już tu nie przychodzi? - spytała
zaciekawiona. Nisan klęczała już pod drzwiami, walcząc z
zardzewiałym zamkiem.
-
Ponoć jest przeklęta - zaczęła grzebać w torbie w poszukiwaniu
jakiejś wsuwki. Gdy ją znalazła, wróciła do łamania
blokady - Z tego co się dowiedziałam, cholernie dawno temu, kiedy
grały organy, osoby obok witraży były wciągane przez jakieś ręce
czy coś takiego. Niby stało się tak tylko raz. Po czasie ludzie
zaczęli się bać o swoje życie i przestali tu przychodzić. A, i
jeszcze organy grają same z siebie - wyjaśniła.
-Same
z siebie?- dopytywała Marx. Nie do końca wierzyła w to, co słyszy.
Jednak w obliczu niedawnych zdarzeń takie przypadki już jej nie
dziwiły.
-Ta.
Same z siebie. W mieście nie ma nikogo, kto się zna na muzyce, a
mimo to organy grają. Nie wiem czy to prawda, ale jesteśmy tu po
to, żeby to sprawdzić. Będzie to raczej łatwe zadanie, niby
zaczynają grać gdy tylko ktoś wejdzie do katedry… O, już!-
zawołała, gdy zamek w drzwiach w końcu puścił. Marx podeszła do
koleżanki, która znów grzebała w bagażu.
-Jak
myślisz, co tam może być? - zapytała, patrząc na drewniane
wrota. Na metalowych zdobieniach wyrzeźbione zostały wizerunki
aniołów.
-
Pewnie jakieś ołtarze, malowidła i generalnie takie rzeczy. Nie
byłaś nigdy w kościele?
-
Oczywiście, że byłam. Ten jest po prostu… inny. Poza tym to
katedra, a nie kościół.
-
Kiedyś mieszkało tu znacznie więcej osób, ale większość
pouciekała w obawie o swoje życie - Nisan mówiąc to podała
towarzyszce latarkę.
-
Aż tak? Myślałam, że tylko wzgórze jest przeklęte - Marx
była kompletnie zbita z tropu.
-
Ciężko, cholerka, powiedzieć. Niektórzy starsi wspominali o
dziwnych wydarzeniach poza katedrą.
-
Jakich wydarzeniach? - dziewczyna czuła się coraz bardziej
zaciekawiona zawiłą historią wymierającej wioski.
-
Później ci opowiem. Teraz mamy robotę do wykonania. Bierz
łom - Nisan wyjęła metalowe narzędzie. Marx nawet nie pytała,
skąd go wzięła. Nie dziwiło jej to. Posłusznie wzięła
narzędzie w obie ręce.
-
Ty nic nie bierzesz?- spytała widząc, że towarzyszka nie ma w
dłoniach nic oprócz włączonej latarki.
-
Poradzę sobie.
-
Sugerujesz, że nie potrafię się sama obronić?
- Sugeruję,
że mam znacznie więcej doświadczenia niż ty. Chodźmy już,
zanim ktoś się zorientuje, że tu jesteśmy -to mówiąc,
powoli, delikatnie odchyliła drzwi tak, aby nie wydać żadnego
niechcianego dźwięku.
Nisan
weszła jako pierwsza, Marx tuż za nią. Dziewczyna odwróciła
się w stronę wejścia i pokierowała światło w stronę ogromnych,
gotyckich organów. W tej samej chwili z tysięcy pionowo
ustawionych piszczałek zaczęły wydobywać się dźwięki- raz
niższe, raz wyższe. Ktoś był na chórze i grał na
organach. Zaraz po tym drzwi z hukiem zostały zamknięte.
Stary
instrument był pełen kolorów, głównie za sprawą
przeróżnych malowideł. Przedstawiały one w większości
anioły w postaci dzieci oraz różnych świętych, których
Marx nie rozpoznawała. Największe piszczałki, mające kilka
metrów, poustawiane były w kolumnach za zdobieniami na górze
i na dole. Na środku zamontowano dwie rzeźby aniołów z
dzwoneczkami w dłoniach. Nad nimi kolejne kolumny, a pomiędzy nimi
kolejne dwie, ruchome rzeźby. Nastolatkę przytłaczał ten widok.
Nigdy nie widziała tak ogromnego instrumentu. Wyglądał, jakby
został zabrany prosto z nieba, jednak brzmiał jak najgłębsze
otchłanie piekła. Muzyka organów brzmiała dla niej jak
zwiastun śmierci. Przerażający efekt potęgował fakt, że drzwi
były szczelnie zamknięte, więc poza nią i Nisan nikogo tutaj nie
mogło być. A jednak, ze starego instrumentu wydobywała się
muzyka.
-
Cóż… Przynajmniej wiemy, że ludzie mówią prawdę -
odezwała się w końcu Nisan. Kochała słuchać tego typu muzyki,
ale to co teraz słyszała, przyprawiało ją o dreszcze.
-
Rozejrzyjmy się. Może uda nam się znaleźć drogę na chór
- zaproponowała. W rzeczywistości chciała być jak najdalej od
przerażającego instrumentu.
-
Też o tym myślałam. Na razie nie idźmy na chór. Nie chcę,
aby przez nas organy przestały grać. Mamy jeszcze jedną rzecz do
sprawdzenia a do tego są potrzebne właśnie organy - Marx nie
wiedziała, co chodzi po głowie jej przyjaciółce. Bała się
tylko, że jest to coś niebezpiecznego.
Nim
się spostrzegła, Nisan już kierowała się w głąb pomieszczenia.
Wszystko w katedrze było wyjątkowo przytłaczające. Budynek był
naprawdę szeroki, a sklepienie znajdowało się wysoko nad ich
głowami. Mimo że podtrzymywane było przez masywne kolumny,
szarooka czuła jakby to wszystko miało runąć jej na głowę.
Zrobiło jej się słabo, więc oparła się o śnieżnobiałą
kolumnę. Ozdobne, sztuczne pędy roślin oplecione wokół
kolumny raniły ją w plecy, jednak nie zwracała na to większej
uwagi.
-
Nie podchodź do okien! - zawołała z oddali Nisan. Jej głos
odbijał się echem od ścian. Była już tak daleko, że Marx
widziała tylko jej sylwetkę.
-
Ta, pamiętam! - odkrzyknęła. Zacisnęła mocniej dłoń na
metalowym przedmiocie i udała się w głąb katedry, trzymając się
z dala od ogromnych, witrażowych okien, przez które
przedzierało się światło księżyca. Zastanawiała się, czy z
pobliskiej miejscowości widać światło ich latarek, odbijających
się od kolorowego szkła. Szła środkiem hali. Po obu jej stronach
rzędami ustawiono drewniane ławki. Nastolatka zastanawiała się,
jakim cudem nikt oprócz nich, się tutaj nie włamał i nic
nie ukradł. Ludzie musieli być naprawdę przerażeni, a dudniąca w
jej uszach mroczna melodia uświadamiała jej dlaczego.
Pomiędzy
niektórymi ławkami wybudowano bogato zdobione ołtarze. Na
środku każdego znajdował się religijny obraz, a dokoła niego
rama zrobiona ze złota lub innego metalu szlachetnego. Dziewczyna
podeszła do jednego z ołtarzy. Spojrzała na kamienną tabliczkę.
Tekst na niej widniejący napisany był po łacinie, jednak po
wyrzeźbionej sylwetce szkieletu i dacie „1467-1487” domyśliła
się, że pod jej stopami leży trumna ze zwłokami, a raczej tym,
co z nich zostało. Ruszyła dalej. Zatrzymywała się przy każdym
ołtarzu analizując to, jak się od siebie różniły. Każdy
z nich należał do jakiejś szlacheckiej rodziny. Po ich zdobieniu
można było się domyślić, że różniły się zamożnością.
Patrząc na ilość grobowców i ogólną wielkość
budynku, musiało w tej okolicy mieszkać naprawdę dużo osób.
Marx nie potrafiła uwierzyć, że cała duża, jak na tamte lata,
społeczność uciekła stąd tylko i wyłącznie z powodu jednej
katedry.
-
Marx! Chodź tutaj coś zobaczyć! - usłyszała głos Nisan.
Oderwała się wreszcie od podziwiania zabytków, po czym
podbiegła do przyjaciółki. Stała na piedestale za ołtarzem,
przy którym odprawiana była liturgia. Jej zielone oczy
błyszczały z ekscytacją, wpatrując się w coś na podłodze. Marx
powędrowała wzrokiem na to, co tak zainteresowało przyjaciółkę.
-
Co się dzieje… - wypowiedziała półgłosem. Tuż pod jej
stopami leżały rozkładające się zwłoki człowieka.
Najprawdopodobniej był to chłopiec w młodym wieku. W niektórych
miejscach brakowało już skóry i widoczne były gołe kości.
- Czemu
tu nie ma głowy?! - szatynka czuła, że robi jej się niedobrze.
-Jak długo tu leżą ?- zmusiła się w końcu do wypowiedzenia
pytania.
-
Wydaje mi się, że może mieć tydzień - poinformowała ją Nisan -
Ale pewności nie mam. Przeprowadzałam kiedyś sekcję zwłok…
Tylko było to dawno - przerwała na chwilę by odwrócić się
w prawym kierunku - Znalazłam też schody na chór, ale raczej
po nich nie wejdziemy. - wskazała latarką na kończące się w
powietrzu rozpadające się schody.
Marx
zamyśliła się. Wiadomość o tym, że zwłoki mogą mieć jedynie
tydzień mroziła jej krew w żyłach. Podziwiała to jak jej
przyjaciółka była spokojna. W jej głosie ani twarzy nie
widziała ani cienia obrzydzenia tym, co leżało tuż przed nią.
Pierwszym, co przyszło dziewczynie do głowy było to, że trup mógł
po prostu spaść z góry. Chór zdawał się być
wystarczająco wysoko, aby upadek z niego mógł zabić, ale
widząc niezdatne do użytku schody, zaczynała w to wątpić.
-
Wiesz, co było przyczyną zgonu?
-
Ciężko powiedzieć… Na powód wygląda odcięcie głowy,
ale równie dobrze mogło się to stać już po śmierci. Albo
ten dzieciak spadł z góry, z tej wysokości połamałby
żebra, a te powbijałyby się w płuca i udusiłby się własną
krwią - myślała na głos.
-
To nie wyjaśnia, co się stało z głową…
-
Dokładnie. Dziwne. Poczekaj, zrobię zdjęcia. Będziemy miały co
pokazać chłopakom - mówiąc to wyjęła z kieszeni bluzy
telefon i zaczęła robić zdjęcia.
-
Wracamy? - po tym co ujrzała, dziewczyna czuła się jeszcze
bardziej nieswojo. Ledwo słyszała swoje kroki przez wciąż
grającą, głęboką muzykę. Jak najszybciej chciała opuścić to
miejsce i wrócić do akademika.
-
No coś ty. Została nam jeszcze jedna rzecz - odpowiedziała z
uśmiechem. Przyjaznym, choć zawsze świadczącym o tym, że Nisan
chce zrobić coś, co nie skończy się najlepiej. Marx chciała już
ją powstrzymać od czegokolwiek, co ta miała w planach, gdy
nastolatka nagle zatrzymała się. Brązowowłosa prawie wpadła na
jej plecy.
Nisan
wpatrywała się w wysokie okno witrażowe. Obraz na nim przedstawiał
klęczącego anioła w ogrodzie oliwnym. Za nim zachodziło słońce.
Postać na kolanach wyglądała jakby płakała, twarz miała ukrytą
w dłoniach, jednak zamiast łez spływały z nich cienkie stróżki
rubinowej krwi. Pod jego nogami znajdowało się coś, co
przypominało zwierzęce zwłoki. Widok ten wzbudzał w Marx
obrzydzenie. Natychmiast odwróciła wzrok od okna.
Tymczasem
Nisan postawiła na podłodze torbę, którą cały czas nosiła
na plecach. Rozpięła fioletową bluzę, po czym zdjęła ją.
Ubranie rzuciła na bagaż.
-
Co ty chcesz zrobić? - dziewczyna nie rozumiała zachowania
koleżanki. Ta tylko spojrzała na nią z politowaniem w oczach.
- Czy
to nie oczywiste? Chcę sprawdzić czy plotki są prawdziwe –
odparła, ustawiając się tyłem pod oknem. Jej towarzyszka j była
sceptycznie nastawiona do tego, co miało się zaraz stać. Nie
chciała patrzeć , jak ręce wychodzące z okna rozszarpują jej
przyjaciółkę z dzieciństwa.
Przez
kilka minut Nisan stała pod witrażem. Nic się nie działo. Kiedy
chciała już odejść, poczuła jak coś szorstkiego łapie ją za
ramiona. Zaskoczona spojrzała za siebie. Z obrazu wychodziły
powykrzywiane, nieludzkie ręce, a mimo to szkło było nienaruszone.
Ostre paznokcie obcych dłoni wbijały się w bladą skórę
dziewczyny. Nagle muzyka wydobywająca się z organów
przybrała na sile. Stała się bardziej gwałtowna, donośna, dużo
bardziej przerażająca. Z okna wyłaniały się kolejne ręce
chwytające ciało Nisan. Ciągnęły ją w swoją stronę, jednak
dziewczyna opierała się. Jedna z dłoni dosięgnęła jej twarzy,
zahaczając ostrym pazurem o prawy oczodół. Powoli rozrywała
skórę od oka w stronę ucha. Marx stała jak sparaliżowana.
Nim dotarło do niej co robi, rzuciła się w stronę stworzenia z
metalowym narzędziem w ręku. Z całej siły zaczęła uderzać w
nie łomem. Niektóre ręce puściły niedoszłą ofiarę.
Dziewczyna
oswobodziła się o własnych siłach. Odwróciła się w
stronę napastnika, po czym sama złapała za pozbawioną pigmentu
dłoń. Potwór zaczął wycofywać się do głębi szkła,
jednak Nisan ciągnęła go w swoją stronę najmocniej jak
potrafiła. W pewnym momencie melodia po prostu ucichła. Wszystkie
ręce zniknęły, oprócz tej, którą trzymała Nisan.
Ta oderwała się od reszty, wywołując pęknięcie na
nieskazitelnym obrazie.
Czarnowłosa
zaczęła przyglądać się urwanej ręce. Nie przypominała ona
niczego, co kiedykolwiek widziała. Kompletnie wysuszona, szorstka,
pozbawiona koloru nie mogła należeć do człowieka. Wolną dłonią
zakryła krwawiące oko. Z torby wyjęła bandaż i owinęła go
sobie wokół rany. Nie chciała zostawić po sobie
jakichkolwiek śladów swojej obecności.
Marx
oddychała ciężko. Jej mózg nie potrafił przetworzyć tego,
co się właściwie wydarzyło. Czuła jak do oczu napływają jej
łzy. Nie wierzyła, że legendy o tym miejscu były prawdziwe.
-
Jak twoje oko? - spytała, wracając do swoich zmysłów.
Podeszła bliżej przyjaciółki, zaniepokojona jej
obrażeniami.
-
Nic mi nie jest - Nisan uśmiechnęła się pocieszająco - Miałam
szczęście – zachichotała - Tylko trochę zadrapało mi twarz.
Nic mi nie będzie. Spójrz, co mamy! - przysunęła do twarzy
Marx wyschniętą, jakby zgniłą rękę.
-
Jak cię znam, chcesz wziąć to ze sobą - przewróciła
oczami.
-
No a jak. Dobra, zabieramy się stąd - kiedy włożyła zdobycz do
torby, pochwyciła ją i zaczęła kierować się do wyjścia. Marx
szła tuż za nią, ściskając łom. Czuła, jakby coś cały czas
zerkało na nie zza potężnych kolumn. Odgłosy ich kroków
odbijały się po budynku. Nastolatka zaczynała sądzić, że
tajemniczo grające organy były już lepsze od głębokiej,
ogłuszającej ciszy.
Wreszcie
dotarły do końca korytarza. Nisan mocno pociągnęła za klamkę
dębowych drzwi. Nie otworzyły się. Próbowała kilka razy,
jednak efekt był ten sam. Drzwi nie chciały poruszyć się nawet o
milimetr.
-
Zamknięte - poinformowała beznamiętnie.
-
To miejsce musi mieć kogoś, kto o nie dba! Co jak co, ale to
zabytek! Być może przechodził tędy i nie zauważył nas, więc
zamknął drzwi - rozmyślała Marx.
-
Od środka.
Szarooka
zamarła. Ktoś jeszcze musiał tu być. Podeszła niepewnie do
lewego skrzydła. Miała nadzieję, że jedynie się zatrzasnęły.
-
Możesz to odblokować? - spytała z nadzieją w głosie - Nisan
pokręciła przecząco głową- W takim razie musimy znaleźć inne
wyjście.
Chciały
już ruszyć na dalsze poszukiwania, gdy tuż nad swoimi głowami
usłyszały donośne kroki. Przez chwilę słyszały niepokojące
głosy w miejscach, w których rozległy się donośne dźwięki
piszczałek. Ktoś znowu grał. Ktoś, kto przestał na chwilę, żeby
zamknąć jedyną drogę wyjścia.
Marx
wzięła głęboki oddech dla uspokojenia. Zamknęła oczy, policzyła
do trzech, po czym je otworzyła. Zaczęła rozjaśniać wszystko
wokół za pomocą latarki. Ostrożnym krokiem zaczęła
chodzić po marmurowej podłodze. Musiało być stąd inne wyjście.
Czuła, że musi jak najszybciej uciec. Jedynym co dostrzegała były
porcelanowe figury, kolorowe freski oraz masywne obrazy. Nic, na co
wcześniej nie zwróciłaby uwagi. Westchnęła. Próbowała
się skupić, ale muzyka skutecznie ją rozpraszała.
Do
jej uszu dotarł dziwny, ale jednak znajomy dźwięk. Z łącznie
dwunastu witraży po obu stronach zaczęły wypełzać te same,
powykrzywiane ręce. Wszystkie swoim powolnym „chodem” kierowały
się w stronę dziewczyny. Marx zaczęła szukać wzrokiem swojej
przyjaciółki. Na szczęście była tuż obok. Pomieszczenie
coraz bardziej wypełnione było prawie martwymi rękoma. Szatynka
odganiała się od nich za pomocą stalowego narzędzia. Niestety,
niewiele to dawało.
-
Wyrzuć tę rękę! Może zostawią nas w spokoju! - zawołała.
Czuła jak jej płuca płonęły. Nie miała nawet czasu złapać
oddechu.
-
Nie ma opcji, żebym wyrzuciła coś takiego! - na twarzy Nisan nie
było nawet cienia strachu. Jedynie wyraz chorej ekscytacji.
-
Wolisz, żebyśmy tu zginęły?! - krzyknęła zdenerwowana.
Mijając
rzędy okien, zauważyła coś. Z jednego szkła nic nie wychodziło.
Witraż płaczącego anioła był jedynym bezpiecznym. Dziewczyna
zatrzymała się przy nim. Zaczynała się domyślać dlaczego tylko
z niego nie wypełzały zmutowane kończyny. Przez okno przechodziło
długie pęknięcie, szpecące arcydzieło. Marx wzięła rozpęd i z
całej siły uderzyła łomem w szkło. Po całej katedrze rozległ
się odgłos pękającego szkła zmieszany z krzykiem rozpaczy.
Spomiędzy roztrzaskanych kawałków wypływała szkarłatna
ciecz. Wszędzie unosił się zapach krwi. Nastolatka wyskoczyła
przez okno, starając nie skaleczyć się. Upadła na obumierający
krzak, po czym błyskawicznie podniosła się. Biegła co sił w
nogach do samochodu. Za sobą, w budynku, słyszała przeciągłe,
wypełnione bólem wycie kobiety. Modliła się, aby ten głos
nie należał do Nisan. Z ulgą zauważyła, że czarnowłosa jest
tuż za nią. Pierwszy raz, naprawdę bała się o życie.
Marx
powoli otwiera oczy.. Wszystko okazało się tylko snem, choć w
głębi duszy czuła niepokój. Światło księżyca delikatnie
padało na telefon – musi zadzwonić do Nisan, jak najszybciej.
autorka:
Yaku- san (pseudonim)